Mowa o Sanlorenzo SHE — pierwszym modelu nowej linii Heritage włoskiej stoczni z Ameglii. Pierwszy kadłub zwodowano w lipcu, światową premierę miał na Cannes Yachting Festival 8–13 września 2026. I tu od razu jedna liczba, która mówi o rynku więcej niż wszystkie foldery razem: pięć egzemplarzy sprzedało się, zanim pierwszy dotknął wody. Kupujący płacili za renderingi. Wrócę do tego, bo to ma konkretne konsekwencje dla Ciebie, jeśli zaczniesz teraz o niej myśleć.
Skąd ten wygląd i kto za nim stoi
Linię zewnętrzną rysowało studio Zuccon International Project, wnętrza — Piero Lissoni, człowiek, który przez lata projektował dla Sanlorenzo to, co najbardziej wyciszone. Wzorem były włoskie navetty z lat sześćdziesiątych: navetta to po prostu jacht o niskiej, wypornościowej sylwetce, budowany do spokojnego pływania, a nie do ścigania się. Stąd brak spiętrzonych nadbudówek, stąd kabina sterowa na rufie, stąd proporcje, które nie krzyczą.
W środku mahoń, przyciemniane metale, tkaniny w ciepłych tonach. Powiem Ci wprost: to nie jest wnętrze, które zachwyci kogoś, kto lubi biel, chrom i podświetlane sufity. To salon w Mediolanie, nie klub w Saint-Tropez. Widziałem, jak jedna para wchodzi na pokład i wychodzi po dwóch minutach — i jak inna nie chce schodzić. Ta łódka nie jest dla wszystkich i, co ciekawe, stocznia wcale tego nie ukrywa.
Liczby, które trzeba znać zanim się zakochasz
SHE ma 25,5 metra długości, 6,5 metra szerokości i zanurzenie 1,77 metra. Pojemność kadłuba to 90 GT — czyli tonaż brutto, miara objętości wnętrza, nie masy; im wyższa, tym więcej realnej przestrzeni w środku. I tu pierwsza uczciwa uwaga: 90 GT przy 25 metrach to nie jest dużo. Konkurencja o tej długości potrafi upchnąć w kadłubie sto kilkadziesiąt ton objętości i cztery, pięć kabin. SHE ma trzy kabiny gościnne: właścicielską na całą szerokość kadłuba, VIP i jedną gościnną, wszystkie z własną łazienką. Sześć osób. Do tego kambuz i kabiny załogi na półpiętrze między pokładem głównym a dolnym.
Kupujesz więc mniej łóżek na metr niż gdziekolwiek indziej w tej klasie. W zamian dostajesz przestrzeń: salon z oknami na pełną wysokość i bezpośrednim wyjściem do kokpitu, jadalnię kilka stopni niżej, solarium na dziobie, sundeck z modułowymi meblami i rufę, która na kotwicy rozkłada się w taras na poziomie wody. Z mojego doświadczenia to jest dokładnie ten wybór, który dzieli kupujących w segmencie 25 metrów: „ile osób zabiorę" kontra „jak mi się będzie mieszkało". Nie ma dobrej odpowiedzi. Jest odpowiedź dla Ciebie — i nad nią zwykle siedzimy najdłużej.
Hybryda — co to naprawdę znaczy na wodzie
Najważniejsze zdanie o SHE nie dotyczy designu. To pierwszy jacht w ofercie Sanlorenzo z hybrydowym napędem Volvo Penta IPS. Pod pokładem pracują dwa silniki wysokoprężne D13 o mocy 1000 KM każdy, w układzie IPS30 — czyli z obracanymi napędami pod dnem i sterowaniem joystickiem, o którym pisałem przy okazji Prestige F6.7. Do tego dwa silniki elektryczne po 160 kW i bateria.
W praktyce daje to trzy tryby. W trybie hybrydowym płyniesz z prędkością podróżną około 20 węzłów. W trybie czysto elektrycznym — do 9 węzłów, w ciszy, bez spalin. Jest jeszcze „boost", czyli doładowanie z baterii przy przyspieszaniu. Zasięg deklarowany to około 500 mil morskich.
A teraz to, czego stocznia nie mówi wprost, a co powinieneś usłyszeć od kogoś po Twojej stronie. Dziewięć węzłów na prądzie nie służy do pływania z Monako na Korsykę. To jest wyjście z portu o siódmej rano, gdy sąsiedzi jeszcze śpią, godzina spokojnego przesuwania się wzdłuż Cap Ferrat, wejście do zatoczki bez huku i dymu. Na kotwicy — cisza bez generatora. I tu hybryda ma sens, bo na Morzu Śródziemnym 70 procent życia na jachcie to właśnie te momenty, a nie przelot z pełną mocą. Ale jeśli ktoś Ci powie, że hybryda „zmniejszy Twoje koszty paliwa o połowę" — nie. Przy 20 węzłach palisz jak każdy jacht z dwoma D13. O tym, ile realnie pali jacht motorowy, pisałem osobno i nic się tu nie zmienia.
Druga rzecz: bateria i dwa dodatkowe silniki to masa i to serwis. System jest komercyjnie dostępny od niedawna, więc historii awaryjności po prostu jeszcze nie ma. To nie jest zarzut — ktoś musi być pierwszy. To jest ryzyko, które trzeba wycenić, a nie udawać, że go nie ma.
O co zapytać, zanim podpiszesz cokolwiek na SHE
- Ile konkretnie mil zrobisz na samej baterii przy 6–7 węzłach i jak długo trwa ładowanie z generatora oraz z nabrzeża
- Jaka jest gwarancja na baterię i na moduły elektryczne — osobno od gwarancji na silniki spalinowe — i kto ją serwisuje w Twoim porcie
- Co dokładnie znaczy „alternatywny teak" na pokładach: materiał, trwałość, koszt naprawy po pięciu sezonach
- Czy elektryczny tender z włókna węglowego (3,9 m) jest w cenie, czy to opcja — i ile kosztuje osobno
- Który numer kadłuba dostaniesz i na kiedy realnie — nie „sezon 2028", tylko miesiąc odbioru
„Pięć sprzedanych sztuk przed wodowaniem to komplement dla projektantów. Dla kupującego to informacja, że w tej rozmowie nie on rozdaje karty."
— Tomasz Wrzesiński, broker jachtowy, Monaco
Cena, której nie znajdziesz w folderze
Sanlorenzo nie publikuje ceny katalogowej SHE i nie zrobi tego. Każdy egzemplarz jest wyceniany indywidualnie, w zależności od wyposażenia. Nie będę więc zgadywał. Dam Ci za to punkty odniesienia z rynku, na których sam pracuję: używane Sanlorenzo w tej klasie długości stoją dziś w ofertach od 4,75 miliona euro za jednostkę 23,75 metra do 7,55 miliona za niecałe 29 metrów. Nowa, limitowana seria z pierwszą na rynku hybrydą, wnętrzem Lissoniego i pełną specyfikacją nie będzie tańsza niż górna część tego przedziału. Do tego utrzymanie: dla 25-metrowca z załogą w basenie Morza Śródziemnego liczę rozsądnie 10 procent wartości rocznie, a hybryda w pierwszych latach dokłada do tego niepewność, nie oszczędność.
I wracam do pięciu sprzedanych sztuk. Stocznia, która ma zakontraktowane pięć kadłubów nowego modelu przed premierą, portfel zamówień na blisko 1,5 miliarda euro i ósmy kwartał wzrostu z rzędu, nie ma żadnego powodu, żeby negocjować cenę SHE numer sześć. Widziałem, jak kupujący przychodzą na stoisko z nastawieniem „na targach zawsze coś się utarguje". Na tym modelu nie. Realne pole manewru jest gdzie indziej — w specyfikacji, w terminie, w tym, co stocznia dołoży zamiast zejść z ceny. Jak to rozgrywać, opisałem w tekście o negocjowaniu ceny jachtu w 2026. Ale przy jednostce takiej jak ta, gdzie sprzedający ma kolejkę, to jest rozmowa, w której naprawdę liczy się, kto siedzi obok Ciebie przy stole.
Dla kogo — i dla kogo nie
SHE nie jest dla kogoś, kto szuka maksimum kabin za metr i chce zabierać dziesięć osób. Nie jest dla kogoś, kto ma rodzinę na jachcie przez sześć tygodni z trójką nastolatków. I nie jest dla kogoś, kto chce mieć pewność, że wie, jak ta łódka będzie się serwisować i sprzedawać za dziesięć lat — bo tego dzisiaj nie wie nikt, łącznie ze stocznią.
Jest natomiast dla właściciela, który ma już za sobą jacht „dla wszystkich", wie, że pływa we dwoje albo z jedną parą, ceni ciszę na kotwicy bardziej niż liczbę węzłów, i któremu zależy, żeby jego jacht w porcie nie wyglądał jak wszystkie inne. Limitowana seria, rozpoznawalny design i nazwisko projektanta to w tym segmencie argumenty, które na rynku wtórnym potrafią zachować wartość lepiej niż kolejny seryjny flybridge. Potrafią. Nie muszą. O tym, jak jachty starzeją się cenowo, pisałem przy krzywej wieku i wartości jachtu.
Tu zwykle wchodzę ja — nie po to, żeby Ci powiedzieć, że SHE jest piękna, bo to zobaczysz sam w trzydzieści sekund. Po to, żeby przejść z Tobą specyfikację linijka po linijce, wycenić ryzyko pierwszej generacji hybrydy, sprawdzić, jaki numer kadłuba naprawdę jest dostępny, i uczciwie powiedzieć, czy to jest Twoja łódka, czy tylko piękna łódka. Aktualne jednostki — także używane Sanlorenzo w tej klasie — znajdziesz na wyachts.shop.
Myślisz o SHE albo o czymś w tej klasie?
Doradzam przy wyborze i zakupie jachtów motorowych od Lazurowego Wybrzeża po Monaco — niezależnie, bez związków ze stoczniami i bez konfliktu interesów. Po prostu po Twojej stronie.
Porozmawiajmy →