Powiem Ci wprost: w całym procesie zakupu jachtu najgorzej rozumianą częścią nie jest cena, nie jest VAT i nie jest nawet inspekcja techniczna. Jest kalendarz Twojego prawa do odejścia od stołu. Bo ono istnieje, jest zapisane czarno na białym, ale nie trwa do końca transakcji. Ma dwa okna, i po każdym z nich Twoja pozycja wygląda inaczej.

Na czym w ogóle podpisujesz się przy zakupie jachtu

W Europie standardem jest MYBA MOA — Memorandum of Agreement przygotowane przez Mediterranean Yacht Brokers Association, czyli po prostu wzór umowy sprzedaży jachtu używanego, który przez lata wypracowało środowisko brokerskie. W Stanach odpowiednikiem jest formularz IYBA. Różnią się szczegółami, ale logika jest ta sama: umowa nie jest bezwarunkowa. Jest ciągiem etapów, a na końcu każdego etapu ktoś ma prawo powiedzieć „nie".

To dobra wiadomość, bo znaczy, że podpisanie umowy nie jest skokiem w ciemno. Ale jest też haczyk: te prawa wygasają w konkretnych momentach, a wygaszają je Twoje własne podpisy — najczęściej złożone pod dokumentami, które ktoś nazwał „formalnością".

Zaliczka: dziesięć procent, ale nie sprzedającemu

Standardowa zaliczka to 10% uzgodnionej ceny, przelewana zwykle w ciągu czterech dni bankowych od podpisania umowy. Kluczowe jest jednak nie „ile", tylko „gdzie". Te pieniądze nie idą do sprzedającego. Idą na rachunek powierniczy — escrow — prowadzony przez stakeholdera, czyli neutralnego depozytariusza, najczęściej brokera sprzedającego albo kancelarię. Depozytariusz nie może wypuścić tych środków ani Tobie, ani sprzedającemu, dopóki umowa nie powie mu wyraźnie, komu się należą.

I tu pierwsza rzecz, przy której zawsze się zatrzymuję, zanim klient cokolwiek przeleje: kto konkretnie jest stakeholderem i na jakim rachunku, w jakim kraju, leżą te pieniądze. Widziałem umowy, w których depozytariuszem była spółka powiązana ze sprzedającym, zarejestrowana w jurysdykcji, z której odzyskanie środków w sporze trwałoby lata. Formalnie wszystko się zgadzało. Praktycznie — zaliczka była u drugiej strony. Przy 380 tysiącach euro to nie jest szczegół, tylko cała transakcja.

Okno pierwsze: próba morska. Tu możesz odejść bez powodu

Próba morska — sea trial — odbywa się przed inspekcją techniczną i to jest ważniejsze, niż się wydaje. Kolejność nie jest przypadkowa: najpierw sam sprawdzasz, czy chcesz tego jachtu, a dopiero potem wydajesz pieniądze na rzeczoznawcę. W standardowym MOA po próbie morskiej masz bezwarunkowe prawo odrzucenia jednostki. Bezwarunkowe znaczy dokładnie to, co znaczy: nie musisz niczego udowadniać, nie musisz wskazywać usterki, nie musisz nikomu tłumaczyć, dlaczego. Wystarczy, że jacht Ci nie odpowiada. Zaliczka wraca w całości.

To jest najmocniejsze uprawnienie, jakie masz w całym procesie — i najczęściej marnowane. Marnuje się je na dwa sposoby. Pierwszy: podpisując po próbie protokół akceptacji, zanim naprawdę się przemyślało, co się widziało. Drugi, subtelniejszy: godząc się na próbę morską przeprowadzoną tak, żeby nic nie było widać. Godzinny wypad przy gładkim morzu, w pół obciążenia, bez wejścia na pełne obroty, bez sprawdzenia zachowania na fali od dziobu i od skosu, bez pomiaru hałasu w kabinach przy prędkości podróżnej. Z takiej próby nie dowiesz się niczego — a formalnie odbyła się i Twoje okno właśnie się zamknęło.

„Najdroższy podpis w całej transakcji nie jest na akcie sprzedaży. Jest na kartce, którą ktoś podaje Ci na pomoście po próbie morskiej, mówiąc: to tylko formalność."

— Tomasz Wrzesiński, broker jachtowy, Monaco

Okno drugie: survey. Tu prawo jest już warunkowe

Potem przychodzi survey, czyli szczegółowa inspekcja techniczna wykonywana przez niezależnego rzeczoznawcę, zwykle połączona z haul-outem — wyciągnięciem jachtu z wody dźwigiem, żeby obejrzeć część podwodną, poszycie, wały i stery. Rzeczoznawca zawsze znajdzie listę usterek. Zawsze. Nie ma jachtu bez usterek i sama lista nie jest powodem do paniki — pisałem o całym procesie szczegółowo w tekście o due diligence przy zakupie jachtu.

Ale prawo do odrzucenia jednostki działa tu już inaczej. Po survey'u nie możesz odejść „bo nie". Możesz odejść, jeśli raport wykazuje wady, które czynią jacht niezdatnym do żeglugi albo istotnie ograniczają jego eksploatację. Zmęczony gelcoat, zużyte tapicerki, kapiący zawór, wyeksploatowana klimatyzacja — to nie są podstawy do zerwania umowy. To są podstawy do rozmowy o cenie. Pęknięcie konstrukcyjne, ślady zalania siłowni, poważna korozja w układzie wałów, silniki po granicy resursu — to już inna kategoria.

W praktyce w tym oknie masz zwykle trzy ruchy: zażądać usunięcia usterek przed przekazaniem, zażądać obniżki ceny o koszt napraw, albo skorzystać z prawa odrzucenia, jeśli waga wad na to pozwala. I tu jest miejsce, gdzie z mojego doświadczenia przepada najwięcej pieniędzy — bo kupujący jest już emocjonalnie w jachcie, boi się zepsuć transakcję i przyjmuje listę bez słowa. Ocena, które pozycje raportu są realnym argumentem, które to normalne zużycie dwunastoletniej jednostki, a które — mimo niewinnego opisu — są sygnałem, żeby wysiąść, to akurat ta część, której nie da się zrobić z lektury dokumentu. Tu zwykle wchodzę ja, telefon do rzeczoznawcy i pytanie, którego nie zadał na piśmie.

Zanim przelejesz zaliczkę — sześć rzeczy do sprawdzenia w umowie

Trzeci moment: kiedy zaliczka przestaje być Twoja

Po akceptacji jednostki — czyli po zamknięciu obu okien — sytuacja się odwraca. Od tej chwili zaliczka pełni funkcję zabezpieczenia dla sprzedającego. Jeśli teraz się wycofasz bez podstawy umownej, w typowym MOA tracisz ją w całości, a sprzedający może dodatkowo dochodzić różnicy, jeśli sprzeda jacht taniej. Dziesięć procent ceny jednostki wartej cztery miliony euro to czterysta tysięcy. Za zmianę zdania.

Człowiek z początku tego tekstu odzyskał ostatecznie część pieniędzy, ale nie dlatego, że miał rację prawnie. Dlatego, że sprzedający wolał wrócić na rynek z czystą historią niż wchodzić w spór — a rynek w 2026 nie jest rynkiem, na którym łatwo zastąpić kupującego. Nie liczyłbym na to drugi raz. To była uprzejmość drugiej strony, nie Twoje uprawnienie.

Na koniec: umowa to nie papierologia, to Twoja jedyna dźwignia

Wiem, że przy zakupie jachtu najprzyjemniejsza część to oglądanie zdjęć i rozmowa o tym, gdzie się popłynie. Umowa wydaje się nudnym etapem między „chcę ten jacht" a „mam ten jacht". Tymczasem to jedyny moment, w którym masz realny wpływ na to, co się stanie, jeśli coś pójdzie nie tak. Później masz już tylko to, co wtedy podpisałeś. Aktualne jednostki, które w danym momencie mają sens w konkretnym budżecie, zbieram na wyachts.shop — ale sam wybór jachtu to dopiero początek rozmowy.

Masz teraz mapę: zaliczka idzie na escrow, nie do sprzedającego; po próbie morskiej możesz odejść bez powodu; po survey'u tylko z powodu; po akceptacji już nie. Ta wiedza sama w sobie ustawi Cię wyżej niż większość kupujących. Ale powiem szczerze — najtrudniejsza część nie jest w tej mapie. Jest w pilnowaniu, żeby próba morska naprawdę była próbą, w czytaniu raportu rzeczoznawcy z wyczuciem, co znaczy jedno zdanie napisane półgębkiem, i w utrzymaniu spokoju, kiedy druga strona zaczyna popędzać. Tego akurat nie zostawiam klientowi samemu — i szczerze, tak samo jak przy negocjacjach ceny, to zwykle jest ta część, która zwraca się wielokrotnie.

Masz przed sobą umowę na jacht i nie wiesz, na co się dokładnie zgadzasz?

Reprezentuję kupujących przy zakupie jachtów motorowych — od Monako po Lazurowe Wybrzeże. Niezależnie, bez powiązań ze stoczniami, zawsze po jednej stronie stołu: Twojej.

Porozmawiajmy →